Kategoria

Wyszukiwarka

Region

Prawo rzymskie - dla jednych błogosławieństwo, dla innych trauma

2018-05-30 07:32:34
Studenci i absolwenci prawa, pytani o przedmioty, które przysporzyły im podczas studiów najwięcej trudności, z reguły włączają do katalogu „kobył" prawo rzymskie.

Pocieszający jest wszakże fakt, że część z tych, którym uda się ukończyć studia, docenia jednak jeżeli nie wartość myśli prawniczej starożytnych jurystów, to w każdym razie wiedzę i osobowość prowadzących zajęcia z tego przedmiotu. Bywają i tacy, dla których osławiony „Rzym" staje się traumą, od której nijak nie są w stanie się uwolnić. Rzućmy okiem na kilka przykładów.

Kazus modelowy

W rekordowo krótkim czasie udało się prawo rzymskie opanować Napoleonowi Bonaparte (1769-1821). Tak w każdym razie głosi jedna z licznych legend na temat cesarza Francuzów. Według niej, jeszcze za panowania Ludwika XVI (1754-1793), nikomu nieznany młody Korsykanin, uczeń szkoły wojennej, został wsadzony na jeden dzień „do paki" za jakieś drobne uchybienie dyscyplinarne. W odosobnieniu postanowił konstruktywnie wykorzystać czas i przeczytał od deski do deski „Instytucje" Justyniana. Teraz wystarczyło cierpliwie poczekać na odpowiedni moment dla wykorzystania nabytej wiedzy. W roku 1800, już jako władca Francji, powołał Napoleon czteroosobową komisję dla skodyfikowania kodeksu cywilnego. Efektem jej działalności stało się uchwalenie w 1804 r. Kodeksu Cywilnego Francuzów (od 1807 r. Kodeks Napoleona). Podczas obrad toczonych nad kształtem nowej kodyfikacji członkowie komisji z niekłamanym zdziwieniem wysłuchiwali, jak Bonaparte z pamięci recytuje całe strony z justyniańskiego podręcznika. Oczywiście po łacinie. W nowym kodeksie naturalnie znalazł się szereg zapożyczeń z prawa rzymskiego, a cesarz byt niezwykle dumny ze „swojego" dzieła. Po bitwie pod Waterloo (w 1815 r.), kiedy znalazł się na zesłaniu na Wyspie Świętej Heleny, zwykł mawiać, że kodeks jest jednym z jego najwybitniejszych osiągnięć. To wszystko oczywiście bajka. Ale jaka piękna!

Burza mózgów

Prawo, w tym prawo rzymskie, częściej bywa jednak przyczyną traumy. Zacznijmy nietypowo, gdyż nie będzie tu mowy o złożonej materii ani niezrównoważonych wykładowcach, ale nieodpowiednim towarzystwie i zaniżonym poczuciu własnej wartości.

Zjawisko nie jest nowe. Ot, weźmy choćby fragment autobiograficznej powieści zatytułowanej „Wspólny pokój". Młody literat Zbigniew Uniłowski (1909-1937) uwiecznił w niej swoje wspomnienia z lat studenckich. Znalazło się tam streszczenie ciekawej rozmowy toczonej między kilkoma studentami na temat życiowych priorytetów: „Do rozmowy wtrącił się Bednarczyk: »My, synowie prostych i biednych ludzi, powinniśmy starać się piąć jak najwyżej. Skoro już sami głodują i łożą pieniądze na nasze wykształcenie, naszym obowiązkiem jest wykorzystać wszelkie możliwości aż do ostatecznych granic. Powinniśmy osiągnąć wysokie stanowiska w społeczeństwie, aby nagrodzić nędzę tylu pokoleń. Tylko synowie zamożnych i wykształconych rodziców mogą poprzestać na byle czym.

Edward wyszedł z drugiego pokoju i zaczął mówić głośno: »Mówi pan same brednie. Nie bierze pan pod uwagę różnic czysto naturalnych. Czy zdajecie sobie sprawę z faktu, że mózgi wasze są zupełnie różne od mózgów synów kulturalnych rodziców? Bierzmy rzecz jak najrealniej, po prostu u was jest inne unerwienie, zupełnie inny system orientacji. Macie zupełnie inaczej zbudowane tam w głowie to, co jest istotą inteligencji. Musicie pocić się, męczyć, zanim pojmiecie to, co pierwszy lepszy panek zgryzie jak porzeczkę, jedynie dzięki inteligencji swoich rodziców. Możecie mieć wrodzoną inteligencję, ale nie macie mózgu zbudowanego do pojmowania subtelnych spraw nauki« (...) »Mówisz pan złośliwe rzeczy. Ja sam doskonale czuję, że skończę moje prawo, zostanę adwokatem i całym moim dążeniem będzie być wybitnym adwokatem. Nie wstrzymam się przed żadnym wysiłkiem, by dojść do jak największego stanowiska. Pan mówisz brednie, nie będę panu wyliczał legionu nazwisk, które wyszły z niskiego stanu, a stały się wielkimi w dziejach historii. A czymże pan jesteś w końcu, skąd panu o tym mówić?«. »Właśnie zacząłem mówić, lecz pan mi przerwał. Za chwilę powiem panu nie czym, ale kim jestem. Lecz przedtem: Prawo. Ukończy pan prawo. Czy pan wie, co to jest prawo, właśnie prawo! - Prawo Rzymian, prawo Cezarów! - Czy zdajesz pan sobie sprawę z tego, że ma kilkanaście wieków kultury, że prawo ma za sobą rasę wysokiej marki? I to prawo chcesz pan przejąć swoim prostackim umysłem, podejść jego tajemnice i na jego grzebiecie wsunąć się na wysokie stanowisko. Hola, stop, to nie tak, to nie tędy!«"2.

No właśnie. Chodzi o to, by nie dać sobie wmówić podobnych absurdów. To ważne, gdyż dyskusje toczone w podobnym tonie nadal stanowią codzienność w studenckich stancjach, w akademikach, w parkach, w barach i tak dalej. Sam pamiętam kilkanaście, w których ze swadą dyskutowano na temat inteligencji w ogóle, inteligencji w tak zwanych rodzinach prawniczych oraz oczywiście na temat dziedziczności prawniczych uzdolnień.

W ..Złotej Pradze

Wróćmy jednak do prawa rzymskiego. Fatalne wspomnienia na jego temat (i, jak się zdaje, prawa w ogóle również) zachował niepozorny praski urzędnik ubezpieczeniowy, którego twórczość zrewolucjonizowała literaturę XX w. Nazywał się Franz Kafka (1883-1924). Kafka nie posłuchał intuicji, która podpowiadała mu, by podjął studia z chemii, a następnie z filologii germańskiej.

Nie on pierwszy i nie ostatni wahał się poważnie przed wyborem kierunku studiów. Jego tylko trochę młodszy krajan, Reiner Maria Rilke (1875-1926), uwiecznił swe rozterki w sympatycznym wierszyku zatytułowanym „Kiedy wstąpiłem na uniwersytet" (Ais ich Universitat bezog): „Wpierw prawo studiować bytem gotowy. Przez jedną rzecz mój dobry nastrój pierzchł: Pandekty kurzem pokryte, surowe. I tak plan cały wziął w końcu w łeb" (przet. M. Jońca). Rilke posłuchał głosu rozsądku i podjął studia z zakresu literatury, historii sztuki oraz filozofii. Tymczasem Kafka w 1901 r. rozpoczął studia prawnicze na uniwersytecie niemieckim w Pradze. Mimo że częściej można go było spotkać na zajęciach z historii kultury i germanistyki, w 1906 r. uzyskał tytuł doktora praw. Zanim to się jednak stało, musiał zdać egzamin państwowy, w którego zakres wchodziło również prawo rzymskie. Wątek ten pojawia się w korespondencji do jego kochanki i powierniczki Mileny Jesenskiej (1886-1944). W liście z 1920 r. Kafka zwierzył się jej, że krótko przed egzaminem przemierzał ulice Pragi, „powtarzając w pamięci ohydne prawo rzymskie". Wtedy zauważył w jednym z okien „dziewczynę sklepową". Młody adept prawa, który nie miał wcześniej bliższych kontaktów z kobietami, umówił się na randkę. Po latach wspominał: „W rzeczywistości bytem szczęśliwy, ale szczęściem, które dało wreszcie trochę spokoju memu wciąż narzekającemu ciału. Szczęśliwy przede wszystkim, gdyż całe to doświadczenie nie okazało się bardziej plugawe i obrzydliwe"3. Kiedy weźmiemy pod uwagę to i inne doświadczenia, które pisarz wiązał z prawem, być może łatwiej przyjdzie nam zrozumieć obecność pewnych wątków w jego powieściach. Warto przy tym dodać, że każdy szanujący się absolwent prawa powinien znać przynajmniej „Proces" i „Zamek".

Prawnikiem z wykształcenia byt inny wielki praski pisarz - i przy okazji miłośnik Kafki - Bohumil Hrabal (1914-1997), który w rozmowie z Laszló Szigetim wyznał: „Wspominam o nim [tj. o Kafce], ponieważ byt doktorem praw i ja również jestem panem doktorem praw". Nieco dalej jeszcze raz powrócił wątek prawniczego wykształcenia. „Skoro o tym mowa - zrobił pan dyplom z prawa" - stwierdził Szigeti, na co padła znacząca odpowiedź: „Wiele mnie kosztowało, żeby to wszystko zapomnieć"4. Niemniej podkreślić należy, że o ile z reguły o prawie w ogólności Hrabal mówił źle, to już o pandektach wypowiadał się z umiarkowaną rewerencją.

Trudny przypadek

Kafka kojarzył z prawem rzymskim traumę pierwszej inicjacji seksualnej i pewnie dlatego uciekł w literaturę, gdzie skanalizował wszelkie negatywne emocje związane ze studiami, a następnie praktyką prawną. Podobnie uczynił Hrabal. Inni mieli mniej szczęścia. Część wylądowała nawet na kozetkach u psychoanalityków. Jeden z takich przypadków opisany został w liście, jaki węgierski psychiatra, Sandor Ferenczi (1873-1933), napisał

do swego mistrza Zygmunta Freuda (1856-1939). Pismo jest datowane na 15.1.1914 r. W początkowej jego partii wytłuszczono: „Właśnie (trzy dni temu) rozpocząłem analizę typowego masochisty, bardzo inteligentnego i zamożnego (prawnik) człowieka, który zgłosił się do mnie za twą poradą". Dalsza część epistoły, opisująca ze szczegółami upodobania rzeczonego jurysty, niestety nie nadaje się do przytoczenia. Uwagę czytelnika przykuwa natomiast koniec relacji: „Śnił, że został zwolniony spod mej opieki całkowicie wyleczony oraz że mój asystent wyznał mu, iż jego przypadek jest unikalny; »to pierwszy przypadek, w którym masochizm został uznany za (?)«". Słowo, które zastąpił znak zapytania, początkowo nie przychodzi. Pierwszą myślą była obligatio faciendi drugą servitus\ - a więc dwa sformułowania prawnicze, z których szczególnie drugie, paralelnie oznaczające podporządkowanie i zależność, było charakterystyczne dla masochizmu właśnie w tym sensie. Od teraz jednak termin ten powinien być interpretowany również w sensie prawa rzymskiego, mianowicie jako „Obowiązek tolerowania ingerencji osób trzecich w moje prawo własności"5. W odpowiedzi z 1.2.1914 r. Freud skarży się, że pisze wiele, choć wcale nie ma czasu, informuje o najbliższych spotkaniach, rzuca kurtuazyjną uwagę na temat zdrowia swego rozmówcy, po czym kończy, przepraszając za swój lapidarny styl. Szkoda, bo chętnie dowiedzielibyśmy się, jakie było zdanie ojca psychoanalizy na temat przenikania w podświadomość konstrukcji zaczerpniętych z prawa rzymskiego.

Podsumowanie

Z historii młodego Bonapartego współcześni powinni wycisnąć tyle, ile się tylko da. „Instytucje" Justyniana w znakomitym tłumaczeniu Cezarego Kunderewicza warto umieścić w instytucjach następującego rodzaju: więzieniach, aresztach śledczych, noclegowniach, izbach wytrzeźwień oraz przytułkach. To żadna tajemnica, że czas spędza tam wielu inteligentnych ludzi. Ich spotkanie z prawniczym geniuszem starożytnych Rzymian mogłoby dać olśniewający efekt.

Co się zaś tyczy „oryginalnych" opinii, którymi straszeni są studenci zwłaszcza młodszych lat lub tacy, którzy nie mają odpowiedniego „rodzinnego" zaplecza, to, no cóż... idiotyzmami nie warto się przejmować.

Z trudną materią i niezrównoważonymi prowadzącymi jest cięższa sprawa. Materii i charakteru nie da się niestety zmienić jednym prztyknięciem palców. Swoją drogą ciekawe, czy który-ś(-aś) z tylu młodych szantażystów, tak często oświadczających mi łamiącym się głosem: „Jeszcze raz mnie pan odeśle, to chyba zwariuję!", kiedy dzięki mnie odkryje w sobie nieznane pokłady wrażliwości, przyjdzie kiedyś podziękować...

Kategorie: Finanse, Usługi
Regiony: Polska
Dodał: Jarosław Tajchman